O autorze
Fundacja DKMS działa od 28 listopada 2008 r. jako niezależna organizacja non-profit. W tym czasie liczba potencjalnych dawców we wszystkich polskich bazach, wynosiła niespełna 40 tysięcy. Dziś sytuacja uległa znacznej poprawie i ogółem w Polsce zarejestrowanych jest ponad 1 milion potencjalnych dawców. Fundacja DKMS jest największą bazą potencjalnych dawców w Polsce.

Andrzej Dziedzic - moja droga do zdrowia i formy

Andrzej Dziedzic to wysportowany pływak – trener i zapalony zwolennik tej dyscypliny sportu. Do lutego 2017 roku szpitale znał tylko z oglądania doktora House’a. Wszystko zmieniło się po niewinnej wizycie u lekarza. Skierowanie do szpitala i diagnoza – chłoniak limfoblastyczny. Zaczęła się trudna walka z chorobą. Niemal rok spędzony w szpitalach, setki pobrań krwi, wiele bolesnych biopsji, niezliczona liczba kroplówek. Ale udało się! Andrzej zakwalifikował się do przeszczepienia szpiku, znalazł zgodnego Dawcę i po trudnej rekonwalescencji – wraca do zdrowia. Dzięki Dawcy szpiku dostał szansę na nowe życie.

Magda Przysłupska: Minęło już pół roku od przeszczepienia szpiku. Jak się teraz czujesz?

Andrzej Dziedzic: Obecnie czuję się bardzo dobrze pod względem fizycznym, trochę gorzej z psychiką. Leki, które dostaję (między innymi: sterydy, immunosupresja i antybiotyki) oddziaływają na mój nastrój. Doktor pociesza mnie, że taka huśtawka emocji jest zupełnie normalna i po odstawieniu leków wszystko z czasem powinno się ustabilizować. Dla mnie to kolejna cena, jaką trzeba zapłacić za całkowitą remisję choroby podstawowej.
Wyniki badań krwi są bardzo różne. Raz zaczynają się normować, raz są znaczenie przekroczone. Mój rekord to 24 krotnie za wysokie GGTP*. Mówię o tym wszystkim, gdyż bardzo mi zależy, żeby osoby, po przeszczepieniu szpiku miały świadomość, iż po wyjściu ze szpitala czeka ich jeszcze długa droga do pełni zdrowia. Pół roku, które minęło to czas pełen niepewności i ciągłego uważania na siebie. Obsesyjne dbanie o higienę i dietę, częste wizyty kontrolne, unikanie skupisk ludzkich to wszystko koszty, jakie ponosimy. Z drugiej strony można w końcu być w domu i cieszyć się każdą chwilą spędzoną z rodziną i przyjaciółmi. Ja po około 3 miesiącach od przeszczepienia zapisałem się na rehabilitację onkologiczną. Ćwiczenia bardzo mi pomogły i w połączeniu z odpowiednią suplementacją, oraz zabiegami refleksologii przyspieszają mój powrót do formy. Teraz mam sporo na głowie, ponieważ wspólnie z przyjacielem wznawiamy, przerwane diagnozą, funkcjonowanie naszego klub pływackiego. Wszystkich serdecznie zapraszam na basen!
:) (śmiech)


Magda Przysłupska: Na Twoim przykładzie najlepiej widać, że nowotwór krwi to choroba „bez winy”. Młody sportowiec, prowadzący zdrowy tryb życia, dbający o odpowiednią dietę. A jednak – zachorowałeś na chłoniaka limfoblastycznego. Jakie były pierwsze objawy u Ciebie?

Andrzej Dziedzic: Pierwszą rzeczą, która u mnie się pojawiła był kaszel. Miałem problemy z zaczerpnięciem głębszego oddechu. Absolutnie nie podejrzewałem, że to coś poważnego – przeciwnie, w najgorszym przypadku może zapalenie oskrzeli. Ale kaszel nie przechodził. Do tego pojawiły się jeszcze widoczne żyły na klatce piersiowej. Myślałem, że to wynik mojego kaszlu, a na dodatek – żyły przecież często wychodzą u sportowców. Potem doszło jeszcze opuchnięcie szyi i twarzy. Pomyślałem – przytyłem, czas się wziąć za siebie. Ale jak zacząłem trochę ćwiczyć, stwierdziłem „Andrzej! Jak ci spadła forma!”. To już mnie zaniepokoiło. Moje objawy cały czas się nasilały. Najgorzej było w nocy – budziłem się z bezdechem, utratą tchu. I w tym momencie „interweniowała” już moja dziewczyna, Asia, która namówiła mnie na wizytę u lekarza. I dalej już się potoczyło. Takie były pierwsze symptomy u mnie. Ale chłoniak może objawiać się na różne sposoby: problemy z głosem, gorączka, bóle pleców, bóle barków, utrata apetytu, swędzenie skóry, intensywne pocenie się. Jeśli widzicie takie nietypowe objawy u siebie – naprawdę warto iść skonsultować się z lekarzem.


Magda Przysłupska: Co możesz doradzić osobom, które właśnie dowiedziały się, że mają nowotwór?

Andrzej Dziedzic: Dokładna diagnoza w przypadku nowotworów jest bardzo istotna. Jak już ją macie – warto się rozeznać. Popytać znajomych, poczytać w internecie, który ośrodek specjalizuje się w danym schorzeniu. Musicie pamiętać, że nie powinniście być w tym sami. Nie wiem, jakim trzeba być tytanem, żeby udźwignąć coś takiego w pojedynkę. Pamiętajcie – nie odwracajcie się od ludzi, którzy chcą wam pomóc, od rodziny, od przyjaciół, nawet od obcych osób. Jeśli ktoś wyciąga rękę, trzeba ją po prostu chwycić i skorzystać z tej pomocy. Nie bójmy się tego, nie wstydźmy się przyjmowania pomocy.


Magda Przysłupska:
Jak Ty radziłeś sobie z chorobą?

Andrzej Dziedzic: Fizycznie – bardzo pomógł mi organizm sportowca. 15 lat obcowania ze sportem i wodą sprawiło, że mój organizm był w stanie zaadaptować się do ekstremalnych warunków. Wykształcił tzw. mechanizmy kompensacyjne, dzięki którym mógł funkcjonować pomimo ogromnego guza. Na początku leczenie jednak trudno było znieść widok wszechobecnej choroby, zapach szpitala i leków onkologicznych. I odarcie z jakiejkolwiek prywatności. Wszystko jest publiczne – odgłosy pacjentów, zabiegi wokół nich. Od początku pytałem lekarzy o wszystko, co będzie się ze mną działo. Jaką substancję dostaję, czego się mogę po niej spodziewać. Wszystko notowałem. Przerobiłem pełen wachlarz emocji. Złość, euforia, poddanie się. Dużo zależy od leków, które się przyjmuje. Już wiem, że sterydy bardzo pobudzają. Miałem wtedy stany euforyczne i napady wilczego głodu. Po odstawieniu zjazd i stan depresyjny. Gdyby nie Asia, nie wiem, co by było. Tutaj także pomogła mi psychika sportowca. Bo walka z chorobą jest jak udział w zawodach – to wyścig, na którego końcu jest wygrana.

Magda Przysłupska: Jakie momenty były dla Ciebie najtrudniejsze w trakcie leczenia?

Andrzej Dziedzic: Sierpień 2017, upalny, słoneczny dzień lata. Leżę na łóżku w warszawskim Centrum Onkologii, sala chemioterapii jednodniowej, 6 piętro, oddział nowotwory układu chłonnego. Nagle wpada do sali Pani Doktor i z napięciem w głosie mówi, że w płynie mózgowym-rdzeniowym jaki został pobrany przy ostatniej punkcji lędźwiowej znaleziono komórki mojego chłoniaka i musimy się zastanowić co robimy dalej. Przerzut do ośrodkowego układu nerwowego w przypadku mojej choroby oznacza wyrok śmierci. Zaczął się najcięższy okres mojego leczenia. Niepewność i stres przed podjęciem właściwej decyzji paraliżował całe moje ciało. Był to dla mnie koszmarny okres w życiu, nikomu czegoś takiego nie życzę. Na szczęście w Centrum Onkologii pracuje najlepszy diagnosta w Europie, który wykrył chorobęna tak wczesnym etapie, że miałem jeszcze szansę na wygranie tej bitwy. Ta sytuacja spowodowała zmianę leczenia i podjęcie decyzji o przeszczepie szpiku, który okazał się dla mnie ratunkiem i nadzieją na wyzdrowienie.

Był jeszcze jeden dla mnie bardzo trudny moment, do którego nie można się przygotować. Rozstanie z najbliższymi przed drzwiami na zamknięty oddział przeszczepów. Świadomość, że już nigdy możemy się nie zobaczyć może doprowadzić do paniki i chęci zmiany decyzji w ostatniej chwili. Nie wolno tego zrobić! Nie warto przeciągać momentu rozstania, trzeba myśleć zadaniowo i skupić się na tym co jest tu i teraz.


Magda Przysłupska: W swoich wypowiedziach często wspominasz o wsparciu najbliższych, co ono dla Ciebie oznaczało?

Andrzej Dziedzic: Wsparcie najbliższych towarzyszyło mi przez cały okres choroby, ale podczas przeszczepu miałem stawić jej czoła, w samotności. Na szczęście okazało się, że w sali jest na tyle szybki internet, że możemy prowadzić rozmowy na żywo. Świetnie wykwalifikowany personel daje poczucie bezpieczeństwa, a rozmowy z psychologiem uspokajają. Będąc w izolatce obejrzałem film o Japończykach, którzy płacą za specjalny ośrodek, w którym właśnie mieszkają bez kontaktu z drugim człowiekiem. Czas w sali szybko leci. Myślę, że jest to związane z lekami jakie dostajemy. Można mieć ze sobą książkę, komputer i oczywiście warto planować, co się będzie robić jak już wszystko się skończy. Będzie to szybciej niż wszyscy myślą na początku.

Magda Przysłupska: Jesienią 2017 zakwalifikowałeś się do przeszczepienia szpiku i rozpoczęły się poszukiwania zgodnego Dawcy dla Ciebie. Co wtedy czułeś?

Andrzej Dziedzic: Pomimo, że czekałem na swojego dawcę tylko 2 miesiące, to ten czas wydłużał się w nieskończoność. Miałem postawione konkretne wymagania dotyczące osoby, która podzieli się ze mną cząstką siebie, co podnosiło poprzeczkę w szukaniu dawcy. Bałem się, że taka osoba może się nie znaleźć. Pierwszy raz poczułem, że nie mam wpływu na swoje życie, a mój los zależy od nieznanej mi osoby. Ta świadomość nasilała strach, a okres poszukiwań wspominam, jako jeden z najbardziej stresujących w leczeniu. W tamtym okresie zrozumiałem jak ważne jest poszerzanie bazy potencjalnych dawców szpiku. Sam postanowiłem zaangażować się w akcje rejestracji dawców, co nadało sensu mojej chorobie. Poczułem się potrzebny i dzięki temu łatwiej mogłem przetrwać ten stresujący okres. Wiadomość o dawcy dotarła do mnie przed Świętami Bożego Narodzenia i była dla mnie najlepszym prezentem, o jakim mogłem pomarzyć.

Magda Przysłupska:Co możesz powiedzieć osobom, które zastanawiają się nad rejestracją jak Dawca szpiku?

Andrzej Dziedzic: Uczucie wyczekiwania na dawcę zrozumieją tylko osoby, które tego doświadczyły oraz ich bliscy. Moja rodzina, dziewczyna i przyjaciele zarejestrowali się, kiedy zachorowałem. Na własnej skórze odczułem jak ważna jest idea dawstwa szpiku. Ciągłe poszerzanie bazy dawców daje większej ilości chorych szansę na wyzdrowienie. Dzisiaj wiem, że zawdzięczam życie zupełnie obcemu człowiekowi i nic nie jest w stanie opisać mojej wdzięczności. Rejestracja w bazie dawców trwa kilka minut, a może przedłużyć komuś życie o długie lata. Aż w 80% przypadków dawca szpiku oddaje jedynie krew, a w pozostałych 20% jest pobierany szpik kostny w pełnym znieczuleniu, więc zabieg zawsze jest bezbolesny. To naprawdę niewiele, a dla osób takich jak ja oznacza być albo nie być. Musi to być jednak świadoma decyzja, bo po drugiej stronie jest człowiek, który bardzo na nas liczy i wycofanie się może oznaczać dla niego wyrok śmierci.


Magda Przysłupska: Jakie są Twoje plany na najbliższe miesiące? Czy planujesz wrócić do sportu?

Andrzej Dziedzic: Dosłownie tydzień po założeniu klubu pływackiego usłyszałem diagnozę. „Ma Pan rzadką chorobę nowotworową, chłoniaka limfoblastycznego z komórek T”. Pomyślałem, że życie, jakie sobie zaplanowałem właśnie legło w gruzach i to już jest koniec. Na szczęście byłem w błędzie! Marzenia, jakie snułem podczas bezsennych nocy w szpitalu zaczynam pomału realizować. Wspólnie z przyjacielem reaktywujemy Palestrę Pływania - nasz klub sportowy. Nie raz powtarzałem, że pływanie uratowało mi życie i dlatego chcę zarażać innych pasją do wody. Nie mogę się doczekać, kiedy będę mógł wskoczyć do basenu, jak na razie musi mi wystarczyć prowadzenie zajęć z brzegu. Zapraszam na zajęcia :)


*GGTP (gamma-glutamylotranspeptydaza) jest jednym z enzymów wątrobowych. Enzym ten produkowany i gromadzony jest w prawidłowych komórkach wątrobowych – hepatocytach. W przypadku uszkodzenia i śmierci tych komórek zostaje on uwolniony do krwi. Dlatego też oznaczanie jego aktywności należy do podstawowych badań wykonywanych w diagnostyce chorób wątroby. Na podstawie wyniku badania GGTP można uzyskać wiele informacji o aktualnym stanie tego narządu. Podwyższona aktywność GGTP może wynikać z różnych patologicznych procesów toczących się wątrobie.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...